Zerwał się i usiadł na łóżku. Reszta senności w jednej chwili pierzchnęła mu z powiek.

Rozejrzał się z uwagą dokoła. Pokój był mu obcy, meble nieznane, nowe, świeżo naklejone obicia na ścianach. A jednak to malowidło na suficie, pociemniałe już i starsze widocznie! Owszem, przypomina sobie dokładnie! W tym miejscu łóżko było, tam stolik, tu sofa... Nawet ta sama, co w tamtym kącie stoi obecnie, pokrycie jeno7 zmieniono...

Wyskoczył z łóżka i jednym rzutem ramion rozwarł uchylone okno na rozścież. Świeża rzeźwość letniego poranku, poczynająca się już z lekka mącić gorącym oddechem nadchodzącego upału dnia, buchnęła nań szeroką, kwietnymi woniami przepojoną falą. Wsparł się łokciami na parapecie, wychylając głowę na ulicę. Rondel Floriański i brama omszała, ciężka, zadumana, dalej ponad dachy czerwone, nad zielone, pachnące drzewa, widna w parnej śreżodze8 smukła wieża Mariacka... Patrzył na to wszystko w tylu pamiętnych dniach!

— Przecież to tutaj było — szepnął do siebie niemal głośno — właśnie tutaj.

Zadzwonił gwałtownie na służącego. Przez jeden moment miał ochotę kazać rzeczy spakować i przenieść się gdzieś na inny koniec miasta albo uciec znów, jak ongi, ale opamiętał się rychło.

— Jak się ten hotel nazywa? — spytał zjawiającego się w progu lokaja.

Lokaj wymienił znaną mu dobrze nazwę.

— A numer? Numer pokoju?

— Czterdzieści jeden.

— Ach! — odetchnął jakby z mimowolną ulgą.