Tak. Teraz jest więcej pokojów, od czasu jak hotel odnowiono, bo teraz mamy i tamto skrzydło, gdzie przedtem były prywatne mieszkania... Dawniej, na przykład, ten pokój był już ostatni z naszych w korytarzu i miał numer dwudziesty dziewiąty.

Dwudziesty dziewiąty! Ostatni w korytarzu! Pamięta, pamięta... Tuż obok były drzwi szklane, którymi można się było wślizgnąć niepostrzeżenie z prywatnych obok schodów, nie mijając w bramie hotelowego portiera, nie pokazując się służbie w korytarzach... We dnie był tam zawsze mrok, wieczorem wystarczało światło gazowe przede drzwiami nieco przykręcić lub zgasić nieznacznie...

Dał służącemu krótki znak, aby wyszedł. Lokaj jednakże wskazał ręką papier leżący na stole.

— Jaśnie pan jeszcze się nie zameldował.

— Ach tak!

Pochwycił skwapliwie to przypomnienie, aby nie myśleć teraz dalej. Sprawa zapisania swego nazwiska na przygotowanej karcie meldunkowej wydała mu się naraz bardzo ważną i pilną. Ujął pióro w rękę nawet z pewnym uczuciem rozbawienia, że będzie teraz jako obcy podawał swe nazwisko tutaj, gdzie spędził całą niemal swoją młodość i kęs wieku dojrzałego...

Roman Turski — napisał i zawahał się. Przez dziesięć lat dodawał do tego nazwiska: robotnik, kupiec, podróżnik, przemysłowiec, jak gdzie i kiedy padło i nie myślał już w końcu o tym, że niegdyś, przed dziesięciu laty i dawniej, mówiło się i pisało: Roman Turski, literat. Teraz przypomniało mu się to po raz pierwszy od dłuższego czasu. Właśnie teraz i tu.

Zmarszczył brwi z niechęcią. Tamten okres życia zamknięty raz na zawsze i przekreślony dobrowolnie.

Ale wszakże i kupcem i przemysłowcem przestał już być, odkąd, zlikwidowawszy swoje w ostatnich czasach nader rozległe interesy w Azji, siadł na okręt, aby tutaj powrócić. Uczuł pierwszy raz w życiu, że nie wie właściwie, czym jest w tej chwili.

Żywym ruchem przekreślił pole, na którym powinien był wypisać swój zawód i wypełniwszy, stojąc, pośpiesznie kartę do końca — rzucił ją na ręce czekającego lokaja.