— Trzeba się ubrać — pomyślał, gdy służący zamknął drzwi za sobą.

Z przyzwyczajenia, jak człowiek, który nie miewał czasu na stracenie, zrazu szybko rzucał na siebie odzież, ale wnet ruchy jego zwolniały. Obezwładnienie jakieś ogarnęło go nieprzemożenie. Stał w słońcu, w bieliźnie do pasa, z odkrytą ogorzałą piersią, z twarzą koloru brązu, z której świeciło twardym połyskiem dwoje szaro niebieskich, teraz zadumą przyćmionych nieco oczu.

— Jakże się to stało?

Przyjechał dziś w nocy, kazał się dorożkarzowi zawieźć do najbliższego hotelu — zmęczony długą podróżą, nie uważał, w której stronie miasta wysiada ani gdzie wchodzi, gdy mu służący drzwi otwierał...

I oto śmieszny, bezmyślny przypadek sprowadza go na samym wstępie, w pierwszej zaraz godzinie, gdy tylko stanął w tym mieście — na miejsce to samo, gdzie się rozegrał pierwszy i ostatni akt tego, przed czym uciekł przed dziesięciu laty w świat, aby być wolnym, aby się wyswobodzić, aby móc żyć po prostu! Jak gdyby ten przypadek wiedział, iż on, wracając tu, miał w sobie cichą, ukrytą myśl, że trzeba się spotkać ze wspomnieniem tego wszystkiego, co było, stoczyć walkę ostatnią i przekonać się, że zwyciężył w istocie, że to nie jest już niczym więcej jak tylko wspomnieniem.

Odetchnął głęboko i usiadł w fotelu. Rysy stwardniały mu — spoza zaciśniętych ust, z szeroko rozwartych oczu wyjrzała jakaś uporczywa zawziętość...

Niechże się tedy walka ostatnia rozegra. Dobrze się stało, że w tym jest właśnie pokoju — że nim ją samą zobaczy, czuje w tej chwili jej dawną obecność, chwyta uchem gdzieś z załomów portier jej szept, co dziesięć lat tu na niego czekał, nozdrzami delikatną, rozpyloną w powietrzu woń jej ciała, co nie zginęła dotychczas, mimo że tylu obojętnych ludzi przeszło tędy, za kilka srebrniaków własność tego pokoju na jedną noc, na parę dni sobie kupując...

Uczuł coś jakby cień zmory dawnej, krążącej około niego w powietrzu. Nie odpędzał go w tej chwili, jak to przez dziesięć lat czynił, lecz owszem przyzywał ku sobie, oko w oko świadomie z nim stając.

I cień przybliżył się ku niemu jak lekka mgła wszystko w sobie pochłaniająca.

Przymknął oczy, gorący, dawno nieznany dreszcz przebiegł jego ciało.