Ileż to lat już temu? Dziesięć a dwa9 — dwanaście lat...

Przyjechał tutaj skądś, dla jakichś odczytów, które wygłosić zobowiązał się był10 dawno i niepodobna mu się było teraz wymówić... Wszak był literatem — wówczas!

Stanął w tym hotelu — ten właśnie pokój mu dano...

Położył się wcześnie spać, zły na siebie, że wyjechać musiał, prześladowany zwidzeniem przedziwnych, dumnych ust, kuszących jak śmierć, a tak niedostępnych...

Ust, co tak wyglądały, jak gdyby — stworzone do całowań, rozkoszy i szału — dotąd niczyich nie tknęły warg przez dumę niewypowiedzianą i strach — rozkoszy samej, co spala? Pokalania się? Zawodu?

(Nie ma nic więcej przewrotnego, pomyślał, jak dziewiczość — fałszywa? — na twarzy kobiety zamężnej).

Na kilka dni przed wyjazdem mówił do niej obłąkane słowa miłości. Zresztą wówczas nie wierzył jeszcze sam w to, co mówił. Przyzwyczaił się uwodzić, bawiło go to, mniej mu zależało na wyniku...

Patrzyła mu w oczy bez zmrużenia powiek, bez uśmiechu, z uwagą, ale nic nie odrzekła. Nie mógł zrozumieć, czy gniewa się nań, czy słucha go chętnie, nawet cień rumieńca nie przeszedł jej po bladej twarzy, rozświetlonej dwojgiem czystych a wiecznie głodnych oczu.

Spotkał ją znowu w dzień odjazdu.

— Pan ma odczyty w Krakowie? — zagadnęła go znienacka.