Ktoś obok mówił:
— Mańka obiecała przyjść, ale to ci jest taka dziewczyna, że jej nigdy wierzyć nie można. Na darmo wydałem trzy korony.
Ktoś inny znowu:
— Po drugim akcie trzeba klaskać. Wyjdzie na scenę autor.
— Głupstwo. Przecie nie żyje.
— Ale gdzież tam! Jest w Krakowie. Mówiono mi dzisiaj w kawiarni. Podobno na jego przybycie dyrekcja sztukę wznowiła.
Jeden z foteli recenzyjnych zaszczękał otwierany z przykrym zdumieniem, że mu w dniu niewłaściwym służbę każą odbywać. Na jeden moment we włosiennym wnętrzu jego zbudziła się jeszcze nadzieja, że może jakaś przyjemna kuzynka potentata opinii w drodze łaski dzisiaj go zajmie, rychło jednak lekki, lecz dotkliwie kościsty ciężar rozwiał jego złudzenia.
Doktor Koper wszedł do teatru. Z miną lekko uśmiechniętą i tajemniczą rozejrzał się szybko po widowni i usiadł nieruchomie w zapuszczoną kurtynę wpatrzony. Zjawienie się jego wywarło wrażenie. Poczęto sobie szeptać i robić domysły, co ma znaczyć tak niespodziewany dla dzisiejszego przedstawienia zaszczyt.
Człowiek poinformowany wskazał nań głową z triumfem:
— A co? Nie mówiłem!