— Perkalową! Za kilkanaście koron! Przed kilku miesiącami! Raz w życiu! I ty za to... przynosisz mi tu swoje młode, dotąd przez nikogo nietknięte ciało i narażasz się, gdybyś matką została...
— Panie doktorze!
— Milcz. I myślisz może, że ja cię kocham? Że cię lubię przynajmniej? Że nie czuję dla ciebie tak samo wstrętu, nienawiści, pogardy?
— Jezus Maryja! Co panu jest?
— No, mów, mów, mów? Dlaczego mnie kochasz?
— Nie wiem... Doprawdy... jakoś nie zastanawiałam się nad tym. Może ja naprawdę jestem taka głupia...
Wypchnął ją brutalnie z pokoju i zamknąwszy drzwi, rzucił się na podłogę, wijąc się i targając na sobie ubranie w ataku histerycznego płaczu.
III
Teatr był już prawie pełny, kiedy Turski wszedł do widowni i zajął miejsce tuż przy wejściu w jednym z pierwszych rzędów foteli. Naokoło niego rozmawiano żywo i nudnie. Publiczność niedzielna, mało interesująca, zapełniała szczelnie wszystkie miejsca na dole, jedynie fotele recenzentów były niezajęte. Wyglądały poważnie i dostojnie, zasłonięte od sceny wzgardliwie własnymi, wzniesionymi siedzeniami — i w imieniu nieobecnej prasy, z którą były w bliskiej acz niezbyt zaszczytnej styczności, zdawały się mówić powściągliwym milczeniem i wyraźnym gestem: Sztuka, którą od dziesięciu lat grywają i to w niedzielę, zgoła nie jest dla nas! Zresztą i część obecnej publiczności, która chciała za wytworniejszą uchodzić, akcentowała rozmową i zachowaniem głośno, że nie dla sztuki przyszła do teatru. Jakaś dama w za ciasnej bluzce jedwabnej, o burakowo kraśnej twarzy i z fałszywymi brylantami w tłustych uszach — tuż obok Turskiego siedząca, powtarzała co pewien czas do męża, że nie lubi niedzielnej, nazbyt mieszanej publiczności i tych sztuk już ogranych... na co małżonek szepnął z pokornym usprawiedliwieniem: Wszakże wiesz, kotku, że w dzień powszedni wolnych biletów nie dają...
Kilku młodych ludzi, usiłujących wyglądać jak najbardziej dystyngowanie, stało między fotelami tyłem do sceny, patrząc z miną światowych bywalców na loże, w których nie było nikogo z ich znajomych...