na ten świat jasny!
— Wszak tyś sam zbłąkany!
— Ach, zapomniałem! Ale wyjść stąd mogę,
jeśli zapomnę, w tobie rozkochany,
iż się zbłąkałem, — gdy miast przewodnika szukać, sam stanę tobie przewodnikiem...
Pójdź ze mną, kwiecie!
Turski mimo woli zaczął słuchać uważniej. Treść słów, mówionych ze sceny, była mu dość obojętna, ale odnalazł coś, jak gdyby nić, wiążącą obecne jego jestestwo z tym człowiekiem, który te słowa pisał przed laty. Wsparł łokieć na kolanie i twarz na dłoni położył. Powieki przymknął nieco; patrzył nie na to, co się przed nim w tej chwili działo, lecz na jakiś dawny, jasny, słoneczny dzień swojego życia.
...W teatrze, w tym samym teatrze grano po raz pierwszy Wiosenne dziwy. Siedział w loży za plecami księżnej Heleny i oddychał upajającą wonią jej odkrytych ramion. Wsparła się z lekka na poręczy krzesła, na której on położył swą rękę. Drgnęła, jakby chcąc się cofnąć, ale powstrzymało ją widocznie nieme błaganie jego oczu; widział ją z profilu: spod ociężałych marzeniem powiek, z rozchylonymi nieco ustami patrzyła na scenę...
Był to ten dziwny czas, kiedy ją zdobywał, kiedy śnił o pocałunku jej ust, jako o czymś niedostępnym i jak rozkoszna śmierć pożądanym, chociaż już przecie w jedną do haszyszowego majaku podobną noc paliły mu twarz niezapomnianymi piętnami...
Był to dzień jego tryumfu; jedyny prawdziwie upojny dzień w jego życiu. Wiosenne dziwy przyjmowano burzą oklasków, zrywającą się ze wzmożoną siłą po każdym akcie. Wywoływano go bez końca, rzucano mu kwiaty i wieńce. Zniósł je wszystkie do loży księżnej Heleny i rzucił pod jej stopy. Uśmiechnęła się do niego nabrzmiałymi pragnieniem ustami. Czuł na sobie palące jej spojrzenie i drżał. Nieprzytomnie odpowiadał recenzentom, którzy przychodzili dłoń mu uścisnąć, nie uważał jadowitych żądeł w słodkich gratulacjach kolegów-pisarzy. Za kulisami wyrósł przez jeden wieczór na boga. Jakiś stary aktor, podobno mąż grającej rolę boginki róż młodej artystki, zapraszał go do siebie i zapewniał o przyjaźni swej żony, inni zwykły tytuł „panie autorze”, zastępowali również śmiesznym, lecz więcej uroczystym „panie mistrzu”.