— To jest ona? Piękna jest, ale naprawdę, że za dużo o niej myślałem.
Patrzał na nią wciąż i zauważył w pewnej chwili, że i ona go widzi. Powoli, ruchem doskonale harmonijnym odwróciła się do kogoś, co siedział poza nią w loży. Miał wrażenie, że o nim mówi. Potem spojrzała znowu i skinęła mu głową z lekkim przyjaznym uśmiechem.
Skłonił się jej głęboko z uczuciem takiem, jakby witał kogoś dobrze znajomego, z kim przed dwoma czy trzema dniami się rozstał, ale na kim nigdy mu nic zgoła nie zależało.
W tej chwili uczuł, że biorą go w uścisk dwie wilgotne łapy i jakieś obrzydliwe, miękkie usta w policzek go całują.
— A! Drogiego, dawno niewidzianego mistrza...
Cofnął się z przerażeniem.
Stał przed nim aktor, który podobno był mężem artystki, grającej niegdyś rolę boginki róż. Wysoki, łysy, tłusty i chudy równocześnie, bo z suchymi ramionami, zapadłą piersią i cienkimi nogami, lecz z obwisłym brzuchem i twarzą obrzękłą, patrzył mu w oczy z doskonale udanym rozczuleniem, nie puszczając jego łokci z uścisku swych dłoni.
— Ledwie kochanego mistrza mogłem poznać! Tyle lat!.... A toż się żona ucieszy! Nie mogła dzisiaj grać, bo... spodziewamy się błogosławieństwa bożego...
Turski nie wiedział, jak się przywitać.
— Bardzo mi miło. Pan co tu robi? — Bąknął, ażeby cośkolwiek powiedzieć.