Zaremba skłonił się szybko Turskiemu i nie podając mu ręki na pożegnanie, zniknął bez słowa między kulisami.
Nim Turski wynalazł kogoś, kto mu otworzył żelazne drzwi, na widownię wiodące, akt drugi był już w pełnym toku.
Nie miał ochoty patrzeć na to, co się dzieje na scenie, a przy tym niemiło mu było wchodzić teraz do krzeseł i wywoływać wrażenie pojawieniem się swej osoby, zwłaszcza że po ostentacyjnym powitaniu przez dyrektora cały teatr już zapewne wiedział, kim jest. Błądził więc przez jakiś czas po korytarzu, a potem zwrócił się na pierwsze piętro do loży, gdzie siedziała księżna Helena.
Ostatecznie wcześniej czy później trzeba się z nią będzie przywitać.
Wszedł bez zapukania. Wyczuł, że w zacienionej głębi znajduje się kilku mężczyzn; minął ich i zbliżył się ku przodowi. Księżna siedziała w ogromnym, czarnym kapeluszu, przechylona przez parapet i patrzyła na scenę. Na odgłos kroków, tłumionych dywanem, obróciła się nieco, tylko tyle, aby uśmiech jej mógł zobaczyć i nie odrywając oczu od sceny, wyciągnęła rękę wstecz na powitanie. Białą, długą, wypieszczoną, brylantami w platynowej szarej oprawie strojną dłoń. Wiedziała snadź, kto przychodzi i uważała to przyjście za naturalne. Uścisnęła lekko palce Turskiego i — nie patrząc — pociągnęła go na krzesło obok siebie.
Turski usiadł i milczał. Było mu dziwnie nieswojsko i po prostu nudno. Wzrokiem powoli do mroku przyzwyczajonym powiódł po mężczyznach w głębi loży. Tuż za księżną siedział młody, tłusty bałwan o czarnych, krótko strzyżonych włosach. Patrzył na Turskiego zimno i z nienawiścią. Głębiej dwóch jeszcze siedziało. Jednego z nich przypomniał sobie Turski z przed dziesięciu lat, jako młodego, wówczas początkującego malarza, któremu wielką rokowano przyszłość. Zaledwie zdołał go poznać w tym człowieku zniszczonym o zapadłych policzkach, czarnej brodzie i dużych, gorączkowo świecących oczach. Odnalazł jednak w pamięci jego nazwisko — Wierzbic — i ukłonił mu się z lekka. Malarz wyciągnął dłoń na powitanie.
Drugiego nie znał zupełnie. Był to młodzieniec wysoki, zbudowany jak cyrkowy akrobata, o małej ptasiej główce i dziwnie impertynencko zadartym nosie. Znać było, że uważa się za bardzo przystojnego i poniekąd zdobywcę niewieścich serc.
Nagle księżna Helena zwróciła się do Turskiego:
— Pamięta pan?
Głową wskazała na scenę.