Młody aktor klęczał u nóg boginki róż, którą wywiódł nieopatrznie na bezwodną pustynię i mówił wiersze, a dekoracje za niego grały. Rzecz była mianowicie taka, że obiecywał swojej ubóstwianej różne cudowne rzeczy, których jej nie mógł dać, a dobrotliwa i również zakochana boginka, aby go nie martwić, stwarzała sobie sama to wszystko, co on jej obiecał. A więc z piasków wykwitały prześliczne kwiaty, woda zaczynała szemrać po wyschłych kamieniach, na nagle wyrosłych palmach pojawiały się bajeczne rajskie ptaki o tęczowych ogonach. Dekoracje były stare i zużyte, ale maszyneria działała jeszcze bez zarzutu i przy dobrej woli można się było łudzić, że cud się dzieje na scenie.

Turski przypomniał sobie, że niegdyś, na którymś z dalszych przedstawień Wiosennych dziwów siedział podczas tej sceny w mroku loży z ustami zbliżonymi do wonnego ramienia księżnej Heleny i szeptał jej do ucha, że taki cud ona w jego życiu jałowym stwarza. Teraz wydało mu się to niezmiernie śmiesznym, ale odrzekł poważnie:

— Pamiętam.

Księżna zwróciła się z nagłym ożywieniem w głąb loży.

— Ale ja panów jeszcze nie zapoznałam. Wierzbica pan sobie przypomina? To pan Rohityn, a to — wskazała na akrobatę — pan Golimski, znany u nas zaszczytnie sportowiec — Roman Turski.

Zdawało się, że w jednej chwili straciła objawiane dotychczas zainteresowanie dla znanego sobie doskonale widowiska. Poczęła mówić dużo i z ożywieniem. Nie dopytywała się Turskiego zgoła, gdzie był, co robił, nie wyrażała zdziwienia, że odjechał ani że powrócił, lecz rozmawiała z nim tak, jakgdyby wszystko było najzupełniej naturalne. Opowiadała mu o zdarzeniach ostatnich mie­sięcy i tygodni, informowała go mimochodem, bez nacisku ozmianach zaszłych w towarzystwie, o których mógł nie wiedzieć.

W pewnej chwili, kiedy towarzyszący jej mężczyźni zajęci byli sobą, rzuciła mu niespodziewanie ze swoim zwykłym wyzywającym, prosto w źrenice idącym spojrzeniem:

— Wiedziałam, że wrócisz.

Turski zdumiał się.

— Księżno?...