Mówiła już o czym innym.
— Z księciem jeszcze się pan nie widział? Rad panu będzie. Przyjdzie tutaj do loży. Obiecał przyjść. Rozwiodłam się z nim...
Rohityn chrząknął znacząco i dumnie — po ustach malarza przemknął bolesny, ironiczny uśmiech — ufryzowany sportsmen patrzył o ile możności jak najgłupiej przed siebie.
— Wszakże... mówiła pani, że książę tutaj będzie? — zdziwił się Turski.
— Tak jest. Żyjemy w jak najlepszej zgodzie z sobą. Ale rozwiodłam się z nim.
A potem dodała z naciskiem i głośno, tak że wszyscy mogli słyszeć:
— A widzi pan! Trzeba było mieć cierpliwość.
Turski pochylił głowę, ażeby ukryć uśmiech. Wydała mu się w tej chwili komediantką wcale nie gorszą od aktorki, pokazującej boginkę róż na scenie. Przypomniało mu się, ile razy niegdyś w miłosnym obłąkaniu błagał ją, aby się z mężem rozstała i z nim na życie los swój połączyła. Kazała mu zawsze czekać, nie odmawiając nigdy stanowczo, ale wyszukiwała wciąż powody ważne, dla których jeszcze teraz nie mogła tego uczynić... Aż nareszcie tego dnia, kiedy po raz ostatni przed dziesięciu laty z nią w ukrytym hotelowym pokoju mówił i błagał jak zawsze, rzuciła mu zniecierpliwiona brutalnie prosto w twarz:
— Książę ma z górą sto tysięcy rocznego dochodu, a ty ile?
Skłonił się jej wówczas w milczeniu i wyszedł. Słyszał jeszcze za sobą z gniewem wyrzeczone słowa: