— Co się stało?

— Synek księżnej Heleny... Boję się, że umiera. Profesor Cukrzycki, który go zawsze leczy, wyjechał z Krakowa...

Poleski na wzmiankę o księżnej drgnął gwałtownie i poczerwieniał. Potem zmarszczył brwi z niechęcią.

— Wolałbym, żeby się pan był udał do kogo innego.

— Panie! — błagał Rogocki, trzęsąc się cały, jak gdyby o jego dziecko chodziło — panie, przecież pan nie odmówi!

— Nie wolno mi odmówić. Jestem lekarzem.

Uchylił drzwi i zawiadomił krótko gospodarzy, że wyjeżdża do chorego, nie wymieniając nazwiska. Profesor zawołał jeszcze za nim, by przyszedł wieczorem do kawiarni, gdzie będą prawdopodobnie wszyscy obecni. Rogocki naglił do pośpiechu.

Nim przybyli przed dom, w którym księżna Helena mieszkała, Poleski zapanował zupełnie nad pierwszym wzruszeniem. Czuł się już tylko lekarzem. Przez drogę wypytywał Rogockiego o objawy choroby chłopca, ale ten niewiele mógł mu powiedzieć ponad to, że dzieciak dostał nagłej gorączki i gwałtownego ataku duszenia, z suchym skrzypiącym kaszlem połączonego. Poleski, usłyszawszy to, kazał szoferowi zajechać jeszcze przed swoje mieszkanie i zabrał narzędzia operacyjne. Przypuszczał, że spotka się może z krupem65 i trzeba będzie dla uratowania dziecka zrobić tracheotomię.

Gdy byli na miejscu, zwrócił się jeszcze, wysiadając, do Rogockiego:

— Niech szofer zaczeka, może go wypadnie posłać do apteki po serum.