Ta zmienność charakteru tak Turskiego uderzyła, że zaczął przypatrywać się pani Zośce coraz ciekawiej, usiłując niespodziewanie z różnych stron i w rożnem oświetleniu twarz jej zobaczyć. Ale snadź i ona badawczy jego wzrok zauważyła i nie dając poznać po sobie, że się czegokolwiek domyśla, przeszkodziła jego studiom i usadowiła się — niby przypadkiem — tak, że mógł ją widzieć już tylko z profilu. Turski nie dawał za wygraną i usiłował ją zmusić wtrącaniem się do rozmowy, aby wprost na niego spojrzała, co mu się jednak nie udawało.
Ta milcząca wojna nie uszła bacznej uwadze Poleskiego. Przerwał w połowie jakieś bardzo złośliwe zdanie o studiach kobiecych i powstawszy z krzesła, wskazał je pani Zośce.
— Proszę, może pani tutaj usiądzie.
— Dlaczego?
— Będzie pani miała pana Romana z lewej strony. Zawsze pani utrzymuje, że pani lewy profil jest lepszy.
Butrymowa zmieszała się na jeden moment, ale zaraz zaśmiała się swobodnie. Zwróciła się teraz wprost do Turskiego; zauważył, że ma oczy dobre i pełne wyrazu.
— Czy jest w tym co złego lub śmiesznego — zapytała — że wolę się panu z lepszej strony przedstawić?
Turski nie miał czasu odpowiedzieć, gdyż w tej chwili wszedł służący profesora z oznajmieniem, że jakiś pan chce się natychmiast widzieć z doktorem Poleskim. Podobno był u niego w mieszkaniu i stamtąd tu go przysłano. Czeka w salonie.
Poleski wyszedł i zastał Rogockiego o zupełnie nieprzytomnym, przerażonym wyrazie twarzy.
— Doktorze, mam tu automobil, niech pan zaraz siada ze mną...