Rozmowa zrazu ogólna i dość kulawa mimo pozorów ożywienia, przeszła rychło w pojedynek słowny między Poleskim a panią Zośką. Chodziło, naturalnie, jak zawsze o tak zwaną kwestię kobiecą. Poleski udowadniał właśnie, że powoływanie się na teorię dziedziczności dla usprawiedliwienia dotychczasowego braku twórczego współdziałania kobiety w cywilizacyjnym rozwoju ludzkości, jest „delikatnie powiedziawszy — najwierutniejszym głupstwem”.
— Nie! Tego pan mówić nie może! — oburzyła się pani Zośka. — Gdy kobiety przez tyle wieków z pokoleń na pokolenia były trzymane w ciemnocie, usunięte od wszelkiej pracy twórczej...
— Naprzód to nie jest prawda, pani ukochana, a następnie choćby było prawdą, co z tego wynika?
— Jak to co? Przecież właśnie wedle teorii dziedziczności...
— ... nic z tego zgoła wynikać nie może — dokończył Poleski. — Niech pani tylko spojrzy na swojego syna. — Przyzwał bawiącego się opodal chłopca skinieniem dłoni. — Włosy ma takie same, jak pani, bardzo jasne i kręte, pani oczy niebieskie, i nos, i całą budowę głowy...
— Owszem, w ustach jest do Mietka podobny!
— Bardzo dobrze. Ale w przyszłości może pani mieć córkę, która będzie do Mietka, to jest do męża pani, będącego, miejmy nadzieję, jej ojcem, znacznie więcej podobna, niż ten oto zademonstrowany tutaj okaz męski.
— Przede wszystkim ja nie będę mieć córki ani w ogóle więcej dzieci. Następnie zaś nie rozumiem, co to ma do rzeczy...
— To szkoda. Mianowicie szkoda, że pani nie rozumie. Bo przecie rzecz jest jasna. Jeżeli fizyczne właściwości matki dziedziczyć może syn, a nie córka, to czemuż duchowe, jak pani mówi, upośledzenie miałoby wyłącznie w żeńskiej linii być dziedziczonym? Ta historia wiekowego sumowania się krzywd, wyrządzanych rzekomo przez mężczyznę kobiecie, jest nieco kulawa, krzywa, mniej więcej tak jak ja...
Butrym słuchał tej rozmowy z roztargnionym, pobłażliwym uśmiechem. Znał od dawna na pamięć te wszystkie sprzeczki i nie przywiązywał do nich uwagi. Turski w milczeniu obserwował panią Zośkę. Zauważył, że ma ona w sobie, w rysach twarzy zwłaszcza jakąś niepokojącą dwoistość. Gdy widział ją z boku, miał wrażenie, że patrzy na profil dziecka lub małej dziewczynki o gładkim czole, nosek miała subtelny, cokolwiek w górę podniesiony, melancholijny, dobry półuśmiech na ustach, drobną, jakby rylcem na plakacie ze słoniowej kości delikatnie wyciętą brodę i długą szyję o przecudnej linii prerafaelickiej64. Gdy było wprost na nią spojrzeć, dzięki wyniosłym, choć doskonale zaokrąglonym kościom policzkowym, żuchwom o silnych mięśniach i ustom szerokim, przy zwrocie głowy idealny profil zmieniał się w jednej chwili na twarz trochę brutalną, o upartym, pewnego rysu zimnego okrucieństwa niepozbawionymi wyrazie.