Uniósł się i począł chodzić po ciemnym pokoju wielkimi krokami.
— Rozszczepiła się we mnie — myślał — ta kobieta na dwoje. Jedna jest ta, którą ja zakochanymi oczyma niegdyś widziałem, druga tą, którą dzisiaj widzę. Ta pierwsza umarła, a we mnie jest żywa, ta druga żyje, a dla mnie jest jakby umarła. Kocham dzisiaj już nie ją, lecz miniony sen swój o niej, młodość mą, mą miłość samą, która już była.
— Ainsi soit-il!61 — odetchnął z ulgą.
V
Tak się złożyło, że Turski, wybierając się wciąż do Poleskiego, spotkał go dopiero w domu profesora Butryma. Poleski bywał tutaj nie tylko jako lekarz (był nader wziętym specjalistą dla chorób dziecięcych i mały synek profesora, nieco chorowity, często pomocy jego potrzebował), lecz także jako serdeczny i zażyły przyjaciel. Z Butrymem znali się od dawna, jeszcze gdzieś z uniwersyteckich czasów, chociaż Butrym był trochę starszy od niego, pani Butrymowa zaś była jedną z niewielu, jeśli nie jedyną kobietą, którą zgryźliwy lekarz znosił, a nawet — sit venia verbo62 — lubił.
Nie znaczyło to bynajmniej, aby wobec niej powściągał zjadliwe żądło swego języka, ale w każdym razie nie ucinał z nią po dwóch lub trzech zdaniach rozmowy, jak to robił z innymi kobietami, lecz owszem z miną nieco ironiczną i pobłażliwą, uzbrojony swym świetnym i ostrym dowcipem, podejmował z nią długie dyskusje, które „pani Zośka” prowadzić bardzo lubiła, zacietrzewiona w pewnych chwilach mocno w swym feminizmie. Co prawda jego ton wyższości i chłodna, grzeczna co do formy, a jednak dotkliwa żartobliwość w dyskusji, w której niezbyt serio brał jej najbardziej gorące lecz zazwyczaj płytkie argumenty, irytowały ją do tego stopnia, że nieraz po jego odejściu płakała ze złości i przysięgała mężowi, że więcej tego ohydnego człowieka przyjmować w domu swoim nie pozwoli. To jej zresztą nie przeszkadzało dopytywać się z niepokojem, co się z doktorem dzieje, gdy się przez dwa lub trzy dni nie pokazał.
Trzechletni63 Jacuś, synek państwa Butrymów, kochał za to „małego doktora” całym sercem i bez zastrzeżeń. Było coś szczególnego w ogólnym przywiązaniu dzieci do Poleskiego. Tych małych pacjentów jego nie raził bynajmniej garb na jego plecach ani spiczasta głowa, zwracali się doń owszem z największym zaufaniem i wyciągali z uciechą ręce, gdy się zjawił, chociaż ich czekała przykra i gruntownie przez dzieci znienawidzona operacja „pukania”.
I teraz Turski wchodząc zastał Jacusia między kolanami doktora, słuchającego z największą uwagą jakiejś powieści o małym diabełku, który rzekomo miał być ukryty w złotym jego zegarku.
Poleski zmieszał się mimo woli, zobaczywszy Turskiego, i przywitał się z nim dość sztywnie. Turskiego dotknęło to niemile, ale wobec znanej sobie z dawna drażliwości Poleskiego, złożył to na karb swojej winy, że dotychczas nie odwiedził starego przyjaciela tam, gdzie należało, to jest w jego mieszkaniu. Usprawiedliwienie jednak i usunięcie nieporozumienia odłożył na inną, stosowniejszą chwilę.
Profesor Butrym przedstawiał go swojej żonie. Pani Zośka spojrzała z uprzejmą ciekawością na człowieka, którego historię, naturalnie z różnymi jeszcze dodatkami, w całym Krakowie już sobie opowiadano. Ponieważ Turski nie chciał przejść oficjalnie do salonu, pozostano w jadalnym pokoju, gdzie towarzystwo dotąd się znajdowało.