— Niech się księżna wypłacze — rzekł. — Pan tu przy dziecku zostanie... Ja nie jestem już potrzebny.

Spojrzał na malca, który się zdawał zasypiać.

— Malutki, malutki! — zawołał — Patrz no, jak ja umiem prześlicznie trąbić!

Zrobił pocieszną minę, co zresztą z łatwością mu przyszło, przyłożył słuchawkę do ust i zaczął na niej wygrywać jakiegoś afrykańskiego marsza, aż ochmistrzyni z przerażeniem uszy zatkała. — Chłopiec uśmiechnął się blado...

— Co pan robisz? — obruszył się Rogocki — Przecież pan widzisz, że on chce spać!

— Właśnie — odrzekł Poleski półgłosem. — Nie może spać teraz. Atak mógłby się powtórzyć. Niech pan tu zostanie i pilnuje, aby nie usnął, choćby mdlał ze znużenia. Jeśli go pan potrafi dotrzymać do rana, tym lepiej. Błaznuj pan, krzycz, śpiewaj, noś na rękach, rób co chcesz...

Księżna stała już za nim, uspokojona nieco, z zaczerwienionymi jeno69oczyma.

— Ja sama zostanę przy dziecku...

— Nie, proszę pani. Pani przy dziecku nie zostanie, co najwyżej tam, w drugim pokoju...

Chciał ją swoim zwyczajem, tak jak zawsze robił z matkami w podobnych razach, wziąć za rękę i wyprowadzić, aby odpoczęła, ale spojrzał na nią i dłoń opadła mu onieśmielona. Teraz zobaczył ją dopiero taką, jak była, przepiękną i oszałamiającą w niedbałym stroju, z ciężkim węzłem włosów na ramię opadającym, stojącą przed nim w bezwstydzie matki, w tej chwili tylko o dziecku myślącej.