Pobladł nagle, a potem krew uderzyła mu do oczu; miał wrażenie, że w przystępie zawrotu padnie na ziemię. Musiał się chwycić poręczy łóżka.

Księżna naraz owinęła się szczelnie szlafrokiem.

— Przepraszam pana — szepnęła z mimowolnym i rzeczywistym zmieszaniem.

Poleski zapanował nad sobą.

— Jeżeliby się atak powtórzył, czego się zresztą nie spodziewam, tutaj są krople... Powiedziałem panu Rogockiemu, jak dawać. Poza tym okład spirytusowy na szyję, zmieniany co kilkanaście minut, inhalacje z sody we wrzącej wodzie, w pokoju trzeba rozpylić trochę terpentyny...

Czuł, że od przytomności odbiega w towarzystwie tej kobiety.

— Niech pani wyjdzie — rzekł ze sztuczną szorstkością w głosie — ja zostanę jeszcze na chwilę.

Po wyjściu księżnej, Poleski zabrał się do przygotowania własnoręcznie okładów i inhalacji. Ręce mu wprawdzie drżały, ale panował już nad sobą. Wszedł do tego domu jako lekarz i postanowił sobie ani na jedną sekundę nie być tu w duszy niczym innym, jak tylko lekarzem.

Kiedy wychodził, zastąpiła mu w jadalni drogę księżna Helena. Była już w inny, skromny strój domowy przybrana, włosy miała uporządkowane.

— Dziękuję panu — szepnęła miękko, wyciągając ku niemu rękę.