Ogarnęła go nagła, smutna żądza ucałowania tej dłoni, ale zaledwie dotknął jej, cofnął się, jakby prądem elektrycznym odtrącony, pod palcami zaszeleściła mu koperta, w której mu księżna snadź honorarium podawała.
Przypomniał sobie czym jest i że mu niczym innym być nie wolno.
Chłodno uniósł kopertę i rozerwał ją ostentacyjnie przed oczyma księżnej. Wypadł z niej banknot na tysiąc koron.
— Księżna wprawia mnie w wielki kłopot — rzekł, cedząc wyrazy przez zły uśmiech na ustach. — Nie tylko przy sobie, lecz i w domu nie mam tyle pieniędzy, aby wydać resztę...
— Ja myślałam... ja chciałam pana prosić...
— Przepraszam, księżno. Mnie się należy co najwyżej czterdzieści koron, a... napiwków dotąd jeszcze nie przyjmuję.
Teraz z kolei księżna uśmiechnęła się wyniośle chłodno.
— Ach, tak. Przepraszam pana.
Zadzwoniła na ochmistrzynię.
— Niech pani zechce przynieść doktorowi czterdzieści koron. Pieniądze są na moim biurku...