Skinęła Poleskiemu głową z uprzejmym uśmiechem i wyszła.

Lekarz, wychodząc, ujrzał jeszcze przez szereg otwartych drzwi, jak w dziecinnym pokoju Rogocki nosi zawiniętego w kołdrę chłopca na rękach, przyśpiewując mu fałszywym głosem jakąś nader sentymentalną piosnkę. Zrobiło mu się bardzo smutno i głupio.

W kawiarni spotkał Turskiego i Butryma, powiedzieli mu, że i pani Zośka była, ale poszła już do domu. Siedział z nimi jeszcze przy stoliku Zaremba, snadź w jakąś od dłuższego czasu już trwającą, ożywioną rozmowę z Turskim zawikłany.

Poleski usiadł w milczeniu. Przyszedł tu nie tyle dla tego, że się z przyjaciółmi spotkać umówił, jak raczej z obawy przed samotnością, która nań w domu czekała, przed samotnością, uśmiechającą się szyderczo ustami starych portretów na ścianach i zatrutą dusznym, smutnym wyziewem szkatułki z listami. Czuł, że w tej chwili nie zniósłby pobytu w tym pokoju i myśli, które by go tam dopadły.

Wsparł brodę na dłoniach, złożonych na marmurowym stoliku, prawie po szyję mu sięgającym, gdy siedział, i słuchał z roztargnieniem rozmowy towarzyszy.

Zaremba uśmiechał się właśnie i potrząsał głową przecząco.

— Nie, panie Romanie, to nie ma celu. Niestety, tej nader dla mnie zaszczytnej oferty przyjąć nie mogę.

Butrym wtrącił się do rozmowy.

— A jednak, dyrektorze, sądzę, że pan Turski ma słuszność. Pan odmawiać nie powinien, nie wolno panu nawet.

— Ah! Ah! Ah! — zaśmiał się Zaremba. — Dlaczegóż to nie wolno?