— Jest pan dzisiaj jedynym u nas człowiekiem, mogącym rzeczywiście utrzymać teatr na wyżynie sztuki — i jako taki ma pan wobec społeczeństwa obowiązki.

Usta Zaremby drgnęły z lekkim przekąsem.

— Sądzi pan, że ich jeszcze nie spełniłem? — rzekł z chłodną grzecznością i udanym zakłopotaniem.

Turski położył dłonie na rękach Zaremby i Butryma.

— Nie, nie, nie! W ten sposób prowadzona rozmowa do niczego nie doprowadzi. Ja byłem niegdyś literatem, potem przez długie lata businesmanem i tak już dzisiaj rzeczy biorę. Mnie nie o dyrektora Zarembę tutaj chodzi i nie o jakieś obowiązki, lecz o mnie samego. Wycofałem się tam z interesów, przyjechałem tutaj, chciałbym coś robić. Rozporządzam dość znacznym kapitałem, może nawet bardzo znacznym, jak na nasze stosunki...

Zawahał się. Uczuł, że powinien swoje projekty poprzeć cyfrą, a jakoś niemiło mu było rzucać tym ludziom jakby na przechwałkę milionami w oczy.

— Będzie tak około dwustu, może trzystu tysięcy... funtów szterlingów — rzekł, kryjąc się dziecinnie za angielską stopą monetarną.

— I pilno to panu stracić? — zaśmiał się z cicha Zaremba.

— Nie o to idzie, dyrektorze. Byłem... literatem. Nie piszę już na scenę od dawna i pisać nigdy więcej nie będę, ale chciałbym coś zrobić. Wolę w tym kierunku, niż w innym. Bez pana jednak nie zrobię nic. I dlatego propozycja moja jest jasna: wybuduję teatr i dam odpowiedni kapitał do rozporządzenia pod warunkiem, że pan obejmie kierownictwo.

— I gdzież to pan ma zamiar ten teatr budować?