— Nie tutaj, nie! Tu nie chcę robić... Malinowskiemu konkurencji. Przychodzą mi na myśl różne miejsca, może Zakopane? Tam by się to dało urządzić tak, jak ja myślę. Teatr przez parę miesięcy tylko w roku otwarty, od niczego niezależny, z sezonem nadzwyczajnie przygotowanym pod względem repertuaru, reżyserii, aktorskich sił... Każde przedstawienie mogłoby być po prostu ważnym wypadkiem w dziedzinie sztuki. No, co, dyrektorze? Zgadza się pan?
— Nie.
— Ależ dlaczego? Dlaczego?
— Nie uważam, aby to było na cokolwiek potrzebne.
— Teatr czy pańskie kierownictwo?
— I jedno, i drugie.
— Jak to? Przecież pan sam przez dwanaście lat...
— Właśnie. Ja sam przez dwanaście lat — i tak dalej. Dlatego mogę dziś mieć w tym kierunku pewne doświadczenie. Dużo by było mówić o tym wszystkim. To pewna, że ja już więcej nic nie zrobię.
— Przestał pan wierzyć w siebie? Wyczerpał się pan? Brak panu sił? — rzucił profesor Butrym jednym tchem z ironiczną tonacją i widocznym zamiarem podniecenia Zaremby tymi słowami, jak uderzeniem ostrogi.
Ale były dyrektor nie dał się wyprowadzić z równowagi. Podniósł z wolna oczy na profesora i uśmiechał się chwilę figlarnie, nim zaczął mówić.