— Nie, panie drogi. Ja nie przestałem wierzyć w siebie — przynajmniej o tyle, o ilem wierzył kiedykolwiek — nie wyczerpałem się i nie czuję braku sił. Myślę tylko, a raczej nawet wiem, że co ja zdziałać mogłem w danych warunkach, okolicznościach i w danym czasie, już zdziałałem i nie ma potrzeby oprócz mojego świętej pamięci majątku pogrążać jeszcze nowe kapitały dla przeciągania tej działalności, która już nowych i niespodziewanych rezultatów nie wyda. Więcej nie mam nic do zrobienia ponad to, co już zrobiłem. Co zaś do samego teatru... nie sądzę, aby to był jedyny sposób stracenia pieniędzy, które panu Turskiemu pilno stracić. To czasem zawodzi! Mój dyrektor... Malinowski nawet zarabia i to podobno dobrze. Ale to okoliczność wyjątkowa: stracić nie mógł, bo nie miał nic do stracenia... Zresztą mniejsza o to. Jeżeli pan Turski z dawnej przyjaźni do Muz chce koniecznie teatr fundować, to czemuż nie poszuka sobie na kierownika kogoś innego, młodszego, który może świeże ma pomysły...
— Nie mam zamiaru robić eksperymentów, lecz pragnę prawdziwej sztuki. Pan dzisiaj u nas jest jedynym człowiekiem...
— A, nie, nie! Znaleźliby się inni, trzeba ich tylko umieć poszukać.
Turski patrzył na niego długo.
— Pan jednak jest zniechęcony, dyrektorze.
— Ja? Ani mi się śni. Wszakże pracuję u Malinowskiego, sądzę tylko, że to stanowisko obecnie zupełnie dla mnie wystarcza.
— Po co to pan mówi?
— A cóż? Mam przynajmniej tę pociechę, że dawniej do pracy swojej dopłacałem, teraz inni mi za nią płacą. Są zapewne niejakie trudności... Doświadczone i praktyczne oko mojego... pryncypała nie zawsze pozwala się rozwinąć moim snadź przewrotnym artystycznym fantazjom, ale przyznać muszę poza tym, że dba o mnie bardzo i abym się nie przeciążył pracą, daje mi same drobne, nic nieznaczące sztuki do wyreżyserowania...
— Po co pan siedzi u niego! — zakrzyknął Turski prawie szorstko.
Zaremba, mówiący dotąd lekkim, ironicznym tonem, spoważniał nagle.