— Aby żyć — odparł krótko.
Wstał, aby się pożegnać.
— Zresztą niech mnie pan posłucha, panie Turski. Gdy mi się tak spodobało i gdy mnie okoliczności materialne do tego zmusiły, wolno mi być bez ujmy dla siebie płatnym i nawet nie cenionym... powiedzmy grzecznie: pomocnikiem człowieka, któremu sam dopomogłem niegdyś do objęcia stanowiska, jakie zajmuje, ale nie mam bynajmniej ochoty dla jakichś dawnych swoich zasług przyjmować od pana lub kogokolwiek ofiary...
— Ależ, dyrektorze! Tu nie ma mowy o ofierze!
— Nie mówmy już o tym — rzeki i skłoniwszy się szybko, wyszedł.
Przy stoliku zaległo milczenie. Były literat i profesor astronomii rozumieli obaj doskonale wielkopańską drażliwość Zaremby i czuli, że wszelkie namowy, na razie przynajmniej, żadnego by nie odniosły skutku. Turski był nawet zły na siebie, że nie wybrał raczej drogi odwrotnej i nie założył naprzód teatru, aby się potem dopiero zwrócić do Zaremby z propozycją objęcia kierownictwa. Czuł, że zbytnim pośpiechem zepsuł sprawę.
Aby przerwać tę irytującą go myśl, zwrócił się do Poleskiego, który dotąd przez cały ciąg rozmowy siedział milczący i zastygły.
— Gdzieś był? — spytał obojętnie.
Poleski drgnął, jakby ze snu zbudzony.
— U chorego.