Butrym drgnął. Miał wrażenie, że pękło w nim coś i rozłamało się. Więc ona tak myśli? Tak czuje? Po siedmiu latach... I za co? Za co? Uczuł nagłe dławienie w krtani. Nie, nie! Tego nie można brać tak dosłownie. Ona jest nieprzytomna, zdenerwowana, to przejdzie, przejdzie, przejdzie, wszystko się ułoży, byle tylko zyskać na czasie.

— Uspokój się, Zośka — szepnął bezdźwięcznie.

Patrzyła na niego teraz nieco przytomniej.

— A zgodzisz się?

Potrząsnął głową.

— Nie mogę.

Wstała i zbliżyła się ku niemu z rozpłomienionymi oczyma.

— Słuchaj, więc ja ci teraz powiem... Zgodzić się musisz. I nie tylko, że się zgodzisz, ale pójdziesz — zaraz jutro, sam — do lekarza i wytłumaczysz mu, że ze względu na moje zdrowie, operacja jest konieczna... poprosisz o konsylium i muszą... Twoja rzecz w tym, aby ci nie odmówili. Rozumiesz?

Mówiła to przez zaciśnięte szczęki, trzęsąc się na całym ciele.

Profesor w pierwszej chwili odruchowo chciał odmówić. Zmarszczył już brwi i usta otworzył, gdy naraz przyszło mu na myśl, że lepiej, gdy całą sprawę będzie miał w ręku. Może znajdzie jeszcze jaki wybieg, jaki sposób wyjścia. Znał ją, wiedział, że jeśli on teraz odmówi, ona się tym nie zadowoli, lecz z tym większym uporem będzie poza jego plecami dążyła do wykonania swego planu. A w takim razie wszelki wpływ jego byłby z góry udaremniony, nie mówiąc już o tym, że, sama sobie zostawiona, gotowa by szukać pokątnej porady, mogącej naprawdę grozić jej zdrowiu i życiu.