Jak tam — na granicy pustyni...
Uczuł słońce w powietrzu piersiami wciągane, w krwi, co, coraz gorętsza, tętnice rozpierała, oczy mu ćmiąc i myśli w dziwny taniec porywając za sobą... I słodycz niewysłowiona, obezwładniająca, która nagle całą istotę falą zalewa.
Jak tam — na granicach pustyni...
Pochylił się czołem do jej rąk — uniosła mu nieco głowę.
— Kochasz mnie?
Wionęła mu tym słowem w twarz z pobliża, usta naprzeciw ust jego wzniesionych trzymając.
— Tak.
Stała nad nim ze świadomym uczuciem przewagi nieodpartej, przemożnej: oto w tym człowieku, jak dziecię w dłoniach jej cichym, wiedza świata niezgłębiona, mądrość cała najgórniejsza do stóp jej się chyliła. Przez piękność swoją i płeć mogła jej rozkazywać teraz tak, jak rozkazuje już tym twórcom wszystkim, poetom, malarzom, muzykom, co pono wyżsi mają być od niej! Jak tłumowi rozkazuje, bogaczom, dostojnikom, starcom i młodzieży.
Zamajaczyły jej w pamięci słowa Grabca, niedawno do niej wypowiedziane:
„Mistrz Jacek ma wynalazek tajemniczy i straszny. On go sam nie wyzyska, lecz kto go opanuje, będzie królem świata samowładnym”.