— Tak. Wiem o tym. Śledzą mnie.

— Czemu pan przyszedł?

Łacheć naraz wzniósł głowę, jak gdyby się żachnął pod uderzeniem tego zimnego pytania. Lękliwość dotychczasowa znikła mu z twarzy; patrzył na Azę dumnie, wyzywająco.

— Mógłbym odpowiedzieć: ponieważ mnie pani wezwała — zaczął z wolna — lecz to nie byłoby prawdą. Przyszedłem, bo mi się tak podobało, bo chciałem panią zobaczyć za wszelką cenę, choćby mi życiem przyszło za to płacić...

Uśmiechnęła się wzgardliwie.

— Dziwnie pan do mnie przemawia. Mogę panu kazać wyjść zaraz...

Łacheć przeląkł się nagle i znowu spokorniał — oczy jeno106 płonęły mu gorąco i zapamiętale.

— Kocham panią — mówił głosem stłumionym — kocham, nie wiedząc nawet, kim pani jest właściwie, ani co pani zrobi z moją miłością, na nic zresztą pani niepotrzebną! Mówię to, bo mi trzeba wszystko wypowiedzieć... Nie wiem, jak długo będę jeszcze żył i czy panią kiedy zobaczę...

— Dlaczego mnie pan kocha?

— Na cóż to pytanie! Przecież ja od pani nie żądam niczego...