— Przepraszam panią. Zbyt głośno mówię...
— Niech pan tu przyjdzie bliżej. Tak. Pan jest dziwny, dziwny człowiek. W panu się pali duch. Ale niechże mi pan powie nareszcie, co to wszystko ma ze mną wspólnego? Dlaczego by pan... uciekł... gdybym dłoń wyciągnęła...
Twarz Łachcia rozjaśniona sposępniała nagle.
— Kocham panią.
Zaśmiała się głośno.
— To już wiem.
— Nie, nie wie pani. Pani nie może nawet wiedzieć, co to znaczy; gdy myślę o pani, świat mi się cały gubi sprzed oczu. O! Jak to dobrze, że ja nie mogę mieć żadnej nadziei!
Ukrył twarz w dłoniach i trwał tak chwilę w milczeniu.
Ona patrzyła nań teraz z istotnym zaciekawieniem.
— Niech pan mówi dalej. Chcę wszystko wiedzieć.