— Dobrze. Będzie pani wiedziała.
Oczy na nią znowu zwrócił, zapamiętaniem miłosnym aż obłąkane, i mówić jął szybko, popędliwie:
— Nie wiem, czy to miłość zawsze taka bywa, ale ja nienawidzę panią jednocześnie! Boję się, nawet nie pani, ale siebie samego się boję. Czuję, że gdybym raz bodaj do ręki pani przylgnął ustami, to byłby koniec wszystkiego, wszystkiego... Ja już bym się od niej nie zdołał oderwać.
— Nie ma obawy. Sama bym ją panu wyrwała, gdyby było potrzeba.
Błysnął oczyma niesamowicie.
— Zabiłbym panią.
— To się tak mówi...
Igrać z nim poczynała, jak kot bawiący się myszą.
— Nie, pani. Ja jeżeli mówię... Ach! Gdybyż to pani mogła wiedzieć, ile ja razy o tym myślałem, patrząc na panią z ukrycia, chłonąc panią oczyma!
— Aby mnie zabić?