— Tak. Pani powinna być zabita. Pani na ten świat przyszła na nieszczęście ludzi!

— Ja i szczęście dać umiem. O! Jeszcze jakie szczęście!

Dreszcz gwałtowny wstrząsnął postacią Łachcia.

— Ja wiem, domyślam się, czuję. I właśnie dlatego... Szczęście obłędne, które łamie, niweczy... Być mocnym na tyle, zdobyć się na to: palce około białej szyi pani owinąć i ściskać, ściskać, aż dech ostatni uleci! A przedtem nawet ust pani nie dotknąć...

Dziwna, aż bolesna rozkosz przebiegła Azę dreszczem po grzbiecie.

— Dlaczego... przedtem... moich ust nie dotknąć? Czy pan nie widzi... jakie są krwawe? Czy pan nie czuje z daleka, jakie są gorące?

Łacheć, wyczerpany wzruszeniem, oparł się plecami o ścianę i patrzył na nią w milczeniu nieprzytomnymi oczyma.

— Co by się stało, gdybym ja pana pocałowała?

— Nie wiem, nie wiem. Ja muszę już iść.

Zerwał się pospiesznie.