— Zostań...

— Nie chcę.

— Musisz.

— Niech pani... niech pani...

— Słuchaj, patrz na moje usta. Powiadasz, że to zatracenie? Niech będzie. Czy ty czujesz, że jeden mój pocałunek więcej wart niż te wszystkie śmieszne zbawiania ludzkości, te walki, te wielkie słowa i czyny, sztuka cała, całe życie? Czy ty nie czujesz?

— Czuję. Ale... dlatego... odejdę...

— Nie. Zostaniesz. Póki ja zechcę!

Łacheć uczuł jej wzrok palący na sobie i zachwiał się naraz na nogach. Miał wrażenie, że mięśnie się w nim wszystkie rozluźniają, w oczach mu pociemniało, w głowie szum i bezwładność... Ostatnim zdławionym wysiłkiem wyrzucił jeszcze:

— Odejdę...

Zaśmiała się głośno, tryumfalnie i nim spostrzec mógł, co się dzieje, przypadła drapieżnymi wargami, co tak bosko miłość udawać umiały, do ust jego rozpalonych.