— Ale to pierwsza dopiero część zadania, które oto wziąłem na siebie. Potem chcę wykorzenić zło, jakie się między wami zagnieździło. Widzę wśród was panów i niewolników, widzę bogatych i nędzarzy, pokrzywdzonych i krzywdzicieli... Widzę prawa okrutne i błędy, i zabobony, srogość z jednej, a z drugiej strony pobłażanie dla tych, którzy sobie umieją kupić bezkarność. Kobiety wasze są uciśnione, a mężowie sądzą, że spełnili swój obowiązek, gdy im głodu cierpieć nie dadzą. I na Ziemi niegdyś tak było, a przeszliśmy przez to, wierzę więc, że i wy z moją pomocą inaczej żyć będziecie.

Znowu okrzyki mu odpowiedziały, ale tym razem nie tak liczne i powszechne jak poprzednio. Owszem, niektórzy z dostojników i kupcy co bogatsi szemrać między sobą poczynali, przelękli nowatorskimi planami ziemskiego przybysza. Nie śmiano jednak przeczyć w głos — mówiono tylko z cicha, że porządek rzeczy na Księżycu jest ustalony i że właściwie nikomu się krzywda nie dzieje, a już bynajmniej nędzarzom, którzy nic nie tracą, nic i tak nie posiadając. Gorszy jest raczej los władnych i bogatych, bo oprócz trudów znosić muszą jeszcze i obawę, aby dobytków swych lub mocy nie postradali.

Zwycięzca mów tych nie słyszał; odetchnąwszy tedy niewiele, mówił tak dalej:

— A kiedy wszystko będzie już tak, jak być powinno, kiedy wolni już będziecie od wroga, który was gnębił, i wolni od zła, co mieszka między wami — wtedy zostawię was samych, abyście się rządzili, powracając do ojczyzny mojej, widnej stąd na niebiosach — na jasną rodzinną gwiazdę moją... Może kilku z was nawet wezmę z sobą, abyście zobaczyli przestwór wszechświata i gwiazdy nad głową i pod nogami, i Ziemię, z której był początek Księżyca i gdzie był ludziom początek na Księżycu mieszkającym.

Ale nim to nastąpi, nim sami tu zostaniecie (bo wszystkich zabrać z sobą nie mogę!), ja panem waszym jestem i słuchać mnie macie we wszystkim, jeżeli chcecie, iżbym się stał dla was naprawdę tym przyobiecanym Zwycięzcą, za jakiego dziś mnie już głosicie.

Kazałem szukać człowieka, który mnie witał dziś rano na tych schodach i mówił słowa mądre; chciałem z nim razem prawa nowe dla was stanowić, ale nie znaleziono go dotychczas. Rząd więc tymczasem pozostawiam w ręku Elema, który będzie wolę moją nad wami wykonywał, dopóki nie nauczycie się rządzić sami i własną rozumną wolą, jak ludy ziemskie rządzą się już od wieków. Nad zbrojnymi przekładam dzielnego Jereta, który będzie mi też pomocny w formowaniu szeregów, o których wspomniałem. Ażebyście zaś wiedzieli, że w kobiecie cenię zarówno człowieka, nie pogardzając nią, jak wy to czynicie, biorę sobie za przyboczną woli mej głosicielkę Ihezal, wnuczkę zaginionego arcykapłana waszego...

Okrzyki rozległy się znowu a nawoływania. Powtarzano słowa Markowe, tłumacząc je na różne sposoby, rozprawiano o zaginionym arcykapłanie Malahudzie i o nowej władzy Elema, a nade wszystko podawano sobie z ust do ust wiadomość o zamierzonej wyprawie do kraju szernów i dziwiono się temu przedsięwzięciu, jako czemuś niesłychanemu, o czym dotychczas nie śmiałby nikt nawet zamarzyć...

— W broń palną szeregi swoje uzbroi — powtarzano — w straszliwą broń, którą sam raził szernów uciekających przed oczyma naszymi!

— I zapas piorunów rozda między wojowników! Zdobędziemy bogactwa szernów i wytracimy ich do nogi!

— Tak, tak! Księżyc należy do ludzi. Stary Człowiek oddał go nam w dziedzictwo!