— Czekaj pan jeszcze — zawołał Marek za nim. — Żądałeś pan także, aby wam wskazać drogę do kraju, skąd przybywam, i tam was zawieść. Wszystkich, gdy powracać będę, wziąć z sobą nie mogę, ale w wozie moim na sześcioro ludzi waszej wagi jest miejsce... Czy zechcesz pan odbyć ze mną podróż na Ziemię i przekonać się naocznie, że jest zamieszkana?

Roda zatrzymał się, słuchając z uwagą słów Marka.

Przebiegły uśmiech igrał mu około ust.

— Aha! słusznie. Chcesz mnie pan zabrać raczej ze sobą, aby tutaj po pańskim odejściu nikt już nie osłabiał wiary w ziemską bajkę, aby tu zgasło zarzewie...

Przerwał i zamyślił się.

— Więc jak pan tutaj przybyłeś? — zapytał po chwili z nagła.

Marek zakreślił szeroki ruch ręką.

— W pocisku... Możesz go pan zobaczyć w Kraju Biegunowym. Tkwi tam we własnym pancerzu...

— I możesz pan powrócić... tak samo?...

— Tak jest. Mogę powrócić. Dość wejść do wnętrza i zaśrubowawszy szczelnie otwór, nacisnąć guzik, rozbijając szybkę, która go zasłania...