— Guzik za szybką? — spytał Roda chciwie.

— Tak. Pocisk, wypchnięty wtedy powietrzem, które sam, spadając, w pancerzu zagęścił, powróci dokładnie na miejsce, skąd był wyrzucony, to jest na Ziemię...

Zwykły chytry uśmiech zjawił się znów na szerokich wargach Rody.

— Przypuśćmy, że nie na Ziemię, tylko do któregoś z otworów stanowiących wejście do waszych miast podziemnych na tamtej stronie... Ale mniejsza o to... Chciałem... Mniejsza. Doskonale obmyślana komunikacja, doskonale! Zwłaszcza że w ten sposób powracający poseł nam drogi zdradzić nie może... Jeno...

Urwał nagle i nie słuchając już, co Marek mówił, wyszedł pośpiesznie ze świątyni.

Zwycięzca popatrzył za nim i machnął ręką pogardliwie. Po chwili jednakże niespodziewana chmura zasępiła mu czoło. Zrobił ruch, jakby chciał iść za wychodzącym: przyszło mu na myśl, że trzeba by straż postawić przy wozie w Kraju Biegunowym, ale wkrótce znowu roześmiał się sam ze swych obaw.

— Straż mimo wszystko trzeba postawić — szepnął — będzie bezpieczniej.

Zdawało mu się, że w mrocznej głębi między filarami błysła ametystowa tunika złotowłosej Ihezal, i krzyknął na nią głośno, echo mu jednak tylko odpowiedziało. Więc uśmiechnął się znowu do siebie, ale już nie tak swobodnie, jak poprzednio, i zwrócił się w głąb, ku wielkiej kazalnicy z czarnego marmuru i kutym miedzianym drzwiom poza nią. Otworzył je znanym już sobie sposobem i zapaliwszy kaganek, począł schodzić w dół.

Dawny, ukryty skarbiec świątyni był opustoszały. Zamczyste i bogate skrzynie, pełne szat przekosztownych i wszelkiego drogocennego sprzętu, rozkazał nowy arcykapłan poprzenosić do swego mieszkania po drugiej stronie placu, które zajął był rad nierad, kiedy Zwycięzca polecił zostawić dawny pałac arcykapłański wnuczce Malahudy. W opróżnionym skarbcu leżały jeno księgi, niegdyś święte, zwalone bezładnie na stos obok usuniętego pod ścianę stołu malachitowego. A w głębi, tam gdzie nad płytą z polerowanej lawy błyszczał tajemniczo złoty Znak Przyjścia, poniżej złotego napisu, którego dziwne, odwieczne litery splatały się w słowa wielkiej Obietnicy: ON PRZYJDZIE — z rozkrzyżowanymi w łańcuchach rękoma przykuty był potężny niegdyś wielkorządca, szern Awij, jeniec dziś niemocny, jakby na świadectwo, że czas się dopełnił i przyszedł zaprawdę na Księżyc Zwycięzca... Skrzydła na nim obwisłe, do ściany przygniecione, krwawiły jeszcze mimo opatrunku — krwawiła też szeroka rana na szyi, z której ściekająca po piersi posoka utworzyła kałużę u nóg pokonanego...

Marek uniósł w górę kaganek i oświetlił nim potworną twarz szerna. Ten łypnął krwawymi oczyma i wpatrzył się nienawistnym wzrokiem w zwycięskiego przeciwnika. W pewnej chwili nabrzmiały mu mięśnie w przykutych wężowych ramionach i drgnęły skrzydła przygniecione, ale natychmiast snadź218 przypomniał sobie o swej bezmocy219, bo nie próbując bezcelowego wysiłku, przymknął powieki i obwisł ciężko na żelaznych pętach. Marek odstąpił wstecz kilka kroków...