— Nieprawda. Dziewka mnie przypadkiem ujęła, nie ty, klocu.
— Wezmę cię z sobą na Ziemię...
Szern zaśmiał się zgrzytliwie.
— Ty sam na Ziemię nie wrócisz. Zdechniesz tutaj.
— Wrócę. Ale pierwej wytracę szernów do nogi. Wytracę was tak w kraju waszym, jak tutaj wytraciłem. Oprócz ciebie żaden szern tu już nie jest żyw.
Awij otworzył obie pary oczu i przypatrzył się baczniej Markowi.
— Rozkuj mnie i puść — odezwał się po chwili — a pozwolę ci zdrowo wrócić na Ziemię.
Teraz Marek roześmiał się.
— Owszem, rozkuję cię, ale pod warunkiem, że będziesz mi służył za przewodnika do kraju waszego, który chcę zawojować.
Szern nie raczył odpowiedzieć. Odwrócił głowę w przeciwną stronę i począł patrzeć z zajęciem w migotliwy płomień kaganka. Wtedy Marek, przezwyciężając wstręt, zbliżył się i dotknął dłonią kosmatej, miękkiej jego piersi.