— Ach, nie! Ani jego, ani nikogo, teraz ani nigdy!

Powieki z długimi rzęsami opadły jej do połowy na oczy, w których blask słońca dogasał — zadrgały purpurowe wargi.

Marek przechylił się w tył i legł na wznak, wspierając głowę na złożonych pięściach. Patrzył w niebo pogodne, wieczorną zorzą szeroko aż po zenit malowane.

— To jest dziwne właściwie — zaczął po chwili — przybyłem tu i idę dzisiaj szernów wytracać, w ich kraju własnym, na ich własnym globie. Dlatego, że ludzie tu chcą żyć... Dlatego, że oni są słabsi i że nie przybyli przed tysiącleciami na Ziemię i nie uczynili nas bydłem swoim... I jakie, jakie ja mam prawo? i jakie prawo macie wy w ogóle?...

Urwał i zaśmiał się szeroko, nieco wymuszenie.

Ihezal patrzała na niego ze zdumieniem.

— Panie...?

— Tak, tak, wiem! mówiłaś mi! Błogosławieństwo idzie z Ziemi i święte jest wszystko, co z niej przychodzi. Święty jest mord, święta jest krzywda i łupiestwo... I nawet te kajdany...

Uczuł, że mówi rzeczy, które zgoła nie wpłyną na jego czyny, i zamilkł, nie dokończywszy zdania.

— Jasny jesteś, panie mój! — tchnęła cicho Ihezal, patrząc na niego rozkochanymi oczyma.