Psy gdzieś na dole w mieście zaszczekały, a potem ozwał się przeciągły, chóralny śpiew... Nie słyszało się tego z oddali dokładnie; zda się, że to jeno powietrze samo, rozfalowane i dźwięczne, rzuca jakieś przeczucia i wspomnienia melodii, że pieśń wonią tylko skądeś zalatuje, że pachnie, miasto232 brzmieć...

Słońce było ogromne i czerwone, nisko nad daleką, poczerniałą równiną zwieszone... Od morza chłód już szedł przedwieczorny.

Marek zerwał się nagle i usiadł.

— Pójdźmy — rzekł.

Dziewczyna poruszyła się leniwie.

— Jak każesz, panie...

Wzniosła ręce, aby zebrać rozwiązane włosy, ale sypkie złoto wymykało się jej z drżących palców i błyszczało w słońcu na ramionach, na barkach, na twarzy... Opuściła dłonie bezradnie. Głowa przechyliła jej się nieco w tył, dotykając prawie piersi Markowej. Pobladła nagle i przymknęła powieki, z lekka usta rozchylając.

— Czy ty jesteś bogiem, panie? — szepnęła sennie.

Marek uczuł, że skroń jej, w tył podana, musnęła mu wargi...

Na dole — gdzieś na wybrzeżu, daleko, ozwał się twardy dźwięk trąby. Marek jednym skokiem zerwał się na nogi. Dziewczyna z cichym jękiem opadła mu twarzą na stopy, ale on już patrzył ku miastu, ku morzu. Pobudka ozwała się znowu, słychać ją było w ciszy wyraźnie.