Jakoż wszedł istotnie, a raczej wbiegł, rzucając się natychmiast bez tchu na najbliższe krzesło. Był bez czapki — bluza na nim była rozdarta — zmierzwione włosy i liczne sińce na twarzy i odkrytej piersi świadczyły o przebytej walce.
— Co się stało? mistrzu! — poczęto wołać do niego ze wszystkich stron.
Roda dał znak ręką, aby się uciszono. Siedział z głową bezwładnie na poręcz krzesła opuszczoną i dyszał ciężko. Oczy miał przymknięte — wśród zakrwawionych warg widać było dziurę, powstałą przez wybicie dwóch zębów przednich.
Mataret jeden nie ruszył się z miejsca. Siedział wciąż na stole i ze zwykłym uśmieszkiem patrzył spod przymrużonych powiek na mistrza.
— A nie mówiłem! — rzekł po chwili. — Pewnie znowu miałeś kazanie do ludu!
Roda się zerwał. Oczy mu się zaiskrzyły; wzniósł w górę pięść, sterczącą z podartego rękawa, i potrząsając nią groźnie, począł wołać zapuchłymi od uderzeń ustami:
— Niegodni! niegodni niewolnicy! podły ciemny tłum! bydło!
— To racja — przyświadczył spokojnie Mataret — ale powinieneś był o tym wiedzieć już od dawna...
Roda rzucił mu z boku wściekłe spojrzenie.
— Tak! ciebie nic nie obchodzi, niczemu snadź271 nie wierzysz naprawdę! Byleś mógł siedzieć na stole, kiwać się i uśmiechać, to cóż ci szkodzi, że kapłani lud bałamucą? że tak zwany Zwycięzca wyzyskuje go haniebnie do swoich celów, że jedyna chwila ratunku może minąć niepowrotnie i na darmo! Cóż tobie szkodzi, że tłum żyje w karygodnej i opłakanej ślepocie, własnego dobra nie rozumiejąc, że ciągle oczy na bezpłodną Ziemię wywala, nie chcąc poszukać należnego mu raju tu, gdzie on jest, tu — na Księżycu! Tobie to jest obojętne, ale ja, ja chcę...