— Zbierać sińce koniecznie! — dokończył Mataret.
— Chociażby nawet! W każdym razie mam to przeświadczenie...
Zaczęto krzyczeć znowu tak, że w rozgwarze podnieconych głosów ginęły słowa mistrza. Niektórzy wołali, że arcykapłan Elem i jego wysłannicy winni są wszystkiemu, oni to bowiem lud wrogo przeciw apostołom prawdy podburzają — i trzeba tedy z arcykapłańską przewagą bój rozpocząć; inni, rozsądniejsi, wykazywali natomiast niemożliwość mierzenia się z siłami władzy, przynajmniej dziś, na razie, do czasu...
— Lud jest nam wrogi — mówili oni — nie przekonamy go ani nie przeciągniemy masy na naszą stronę! Wszelkie wysiłki okazały się daremnymi! Trzeba nam działać na własną rękę!
Po pewnym czasie godzili się na to wszyscy, ale nikt nie umiał sobie zdać jasno sprawy, na czym owo działanie na własną rękę ma polegać.
Matareta, który wystąpił ze zdaniem, że najlepiej dać pokój wszystkiemu, gdyż lud jest widocznie po to, aby był głupi i nieszczęśliwy, zakrzyczano natychmiast i omal nie ukamienowano. Całe szczęście, że w pustej izbie nie było przedmiotów mogących posłużyć do tego tradycyjnego i doraźnego wymiaru tak zwanej sprawiedliwości.
Wreszcie mistrz Roda zabrał głos. Uspokoiło się nieco, a on zaczął mówić obszernie, powtarzając na wstępie po raz setny to, o czym wszyscy zgromadzeni wiedzieli i czemu wierzyli niezłomnie. A więc mówił o niezamieszkanej Ziemi i odwiecznym obywatelstwie ludzi na Księżycu, o bajkach kapłańskich i o niewątpliwym raju, który się znajduje na tamtej, rzekomo pustej stronie Księżyca.
Słuchano go z należnym szacunkiem, ale niezbyt uważnie, gdyż każdy z obecnych znał już te rzeczy na pamięć. Ożywiono się natomiast, gdy zaczął wyliczać krzywdy, jakie oni, w Bractwo Prawdy związani, ponieść musieli od społeczeństwa i władzy. Wyśmiewano ich i prześladowano na każdym kroku. Zgromadzenia odbywać muszą potajemnie z obawy przed arcykapłańskimi siepaczami, a publiczne występy członków Bractwa w celu szerzenia prawdy przynoszą tylko, jako jedyny plon, sińce, guzy i rany. Tu słuchacze zaczęli żywo potakiwać, zwłaszcza że mało było między nimi takich, którzy by nie stwierdzili byli na sobie w bolesny sposób prawdziwości słów mistrza.
— A jednak — prawił Roda — nie wolno nam sprawy zaniedbywać! Obecnie bawi na tej stronie Księżyca człowiek, z tajemnego wnętrza Wielkiej Pustyni przybyły — i my musimy skorzystać z jedynej sposobności, aby odkryć drogę do wydartej nam szczęśliwej ojczyzny! Użyliśmy wszelkich środków, aby rozbudzić tłum i otworzyć mu oczy na istotne cele rzekomego Zwycięzcy. Gdyby się nam to było powiodło, gra byłaby już łatwa! Zwycięzca po powrocie z krainy szernów, gdzie nadzwyczajne pono za krew naszych rodaków odnosi przewagi, byłby ujęty i tak czy owak zmuszony do wydania swej tajemnicy. Wiecie jednak wszyscy, że wszelkie usiłowania nasze spełzły na niczym, rozbijając się o przemożną głupotę ludzką, która wierzy łacniej272 starej i naiwnej a niedorzecznej bajce o ziemskim człowieka pochodzeniu, niż najoczywistszej i płodnej w skutkach swych prawdzie! Jedna nam tedy droga pozostaje, którą Bractwo Prawdy może iść samo i bez pomocy niczyjej pożądany cel osiągnąć!
Urwał na chwilę, a uczniowie i wyznawcy zaczęli się tłoczyć koło niego i prosić, aby odkrył wreszcie myśl swoją, którą już od dawna wyjawić przyobiecał. Nawet Mataret przestał się uśmiechać i przechylił się nieco w stronę mówiącego, aby lepiej słowa jego słyszeć.