— Zmęczony jestem rzeczywiście — szepnął po chwili, nie wznosząc głowy.

Mataret patrzył na niego w milczeniu, mrugając nerwowo powiekami. Zdawało mu się, że czyta na tej ogorzałej i pobrużdżonej twarzy, z boku ponad złożonymi widnej rękoma, całą historię wyprawy: historię trudów niesłychanych i wysiłków, bojów, zwątpień i nadziei...

— Dlaczego ty właśnie przybyłeś? — zapytał wreszcie znienacka.

Jeret drgnął i spojrzał mu w oczy. Nieobecny w czasie, kiedy się zawiązało ostatecznie Bractwo Prawdy, nie miał pojęcia o jego istnieniu, wiedział jednak z dawniejsza, że Mataret, sceptyk urodzony, z wielką nieufnością patrzył na Zwycięzcę... To nawet było powodem, że stosunki ich, niegdyś bardzo serdeczne, oziębiły się z czasem. Mimo wszystko jednak nie mógł się nigdy oprzeć uczuciu pewnego podziwu i uległości niemal wobec tego dziwnego człowieka, który uśmiechał się ciągle, ciągle przeczył i myślał, nie zapalając się na pozór nigdy i do niczego, jak gdyby stał gdzieś ponad wypadkami, a nie w prądzie ich największym, jak inni ludzie. On, Jeret, umiał tylko działać, wybuchać, radować się albo ponuro w sobie się zasklepiać...

Toteż teraz, wręcz zapytany, zawahał się przez chwilę, ale przemogła w nim wnet ochota wywnętrzenia się przed kimś, wobec kogo nie potrzebowałby odgrywać roli wodza, posła ani nauczyciela...

— Jestem tu potrzebny — szepnął, mówiąc więcej posępnym ściąganiem brwi niż tymi obojętnymi słowami.

— Źle wam się powodzi? — rzekł Mataret, nie spuszczając z niego oka.

Jeret ruszył ramionami.

— Nie... nie można powiedzieć: źle... Ale...

Urwał i zamilkł, jakby szukając wyrazu. Mataret milczał również przez jakiś czas, a potem rzekł, powstając: