— Jeżeli nie chcesz mówić, odchodzę. Po cóż mam cię zmuszać do tego, abyś kłamał przede mną?

Jeret pochwycił go żywo za rękę.

— Zostań. Owszem. Chcę mówić, tylko...

Otrząsnął się.

— Widzisz, ja sam nie wiem, jak to nazwać. Źle nam się dotychczas nie powodzi, mimo że jest ciężko w tej chwili... Zrobiliśmy dotychczas wszystko, co w mocy ludzkiej leży...

Wzniósł głowę, spojrzał Mataretowi wprost w oczy.

— Wszystko, co w mocy ludzkiej leży — powtórzył z naciskiem — ale ponadto: nic.

Zaczerwienił się naraz, jakby mimo woli słowo wiele znaczące z ust mu się wymknęło... Mataret nie uśmiechał się. Oczy jego wyłupiaste i zazwyczaj szydercze patrzyły gdzieś w dal — prawie smutno. Wyciągnął rękę i położył ją na złożonych dłoniach wojownika.

— Mów — rzekł.

Jeret począł mówić. Opowiadał długą i krwawą historię, jakby w myślach przed samym sobą ją rozsnuwając. Mówił o walkach na nizinie, o miastach zdobytych i zburzonych, o setkach i tysiącach szernów wyciętych w pień bez miłosierdzia, bronią ognistą rażonych, topionych w rzekach lub w morzu i pożarom na pastwę oddanych. Mówił o tym wszystkim spokojnie i równo, jak robotnik, który wieczorem powtarza w myśli ciężką pracę przebytego dnia...