A potem opowiadał Mataretowi, jak przyszli w niedostępne góry i poczęli się na grzbiet olbrzymiego pierścienia skał wydostawać. Mówił o trudach przejścia, o dziwnym mieście szernów wewnątrz kotliny i o Ziemi, która, zewsząd widoczna, tam się oczom ich ukazała.
— Mieliśmy to sobie za dobrą wróżbę i znak, że Zwycięzca jest z nami. A tymczasem, od chwili kiedyśmy z tamtej wysoczyzny na Ziemię spojrzeli, zaczął się dla nas najstraszniejszy trud, bo bezowocny. Myślałem, że spadniemy jak wicher i zmieciemy to miasto w dole; żal mi już prawie było jego na zagładę skazanej piękności, ale tutaj Zwycięzca się zawahał. Postąpił jak człowiek: rozumnie. Postąpił tak, jak każdy z nas byłby w tym przypadku postąpił...
I tu opowiadał dalej, jak Zwycięzca, przeliczywszy szeregi, nie ośmielił się wprowadzić ich wszystkich w kotlinę, aby nie mieć w razie niepowodzenia odciętej drogi do odwrotu.
— Cząstce wojska — mówił — kazał się wrócić i pilnować drogi (o! jeśli to można drogą nazwać), którą weszliśmy na przełęcz, aby snadź szernowie z innych miast nie przedostali się za nami... Tam ja byłem wodzem. Reszta żołnierzy pod jego własnym przewodnictwem opuściła się ku wnętrzu kotliny, do połowy niemal wysokości wału górskiego — i tam założyła obwarowany obóz. Na równinę w dole schodzą tylko drobne oddziały, nękają szernów i wracają znów do obozu, często ze stratami. Przestaliśmy zwyciężać, wojujemy teraz.
— I tak jest wciąż, bez zmiany? — zapytał Mataret po chwili milczenia.
Jeret poruszył głową.
— Bez zmiany. Z tą ilością wojska nic nie zdziałamy, to pewna. Szernowie widzą naszą bezsilność i rozzuchwalili się. Oni nas teraz zaczepiają. Nie było prawie godziny, abym ja ze swym oddziałem nie musiał staczać utarczek... Zdawało się, że cała kraina jest pusta, a oni tymczasem powyrastali skądeś całymi zastępami i prą na nas. Skały czernią się od nich i roją, jakby od złego ptactwa. Strzelamy do nich ciągle i bijemy, ale musimy oszczędzać nabojów w obawie, aby nam ich nie zabrakło. Wtedy bylibyśmy zgubieni...
— I co będzie dalej? — zapytał Mataret.
— Nie wiem. O pewnej rannej porze dnia wczorajszego Zwycięzca sam przeszedł dzielącą nasze oddziały przełęcz i mówił długo ze mną. Nie mówił jeszcze o odwrocie, ale z jego stroskanej twarzy myśl tę już było widać. Kazał mi przybyć tutaj i przywieść jak najprędzej posiłki, broń i naboje. Ciężką miałem drogę ku morzu i saniom, pod opieką garstki małej zostawionym; przekradać się musiałem jak gad samowtór z towarzyszem, ale wiem, że jeszcze ciężej wracać nam będzie z posiłkami, bo szernowie chcą teraz za wszelką cenę zgubić Zwycięzcę i nas z nim razem...
Nastała cisza. Obaj patrzyli przed siebie, błądząc w zadumie myślami daleko od miejsca, w którym się znajdowali.