Usta mu drgały nerwowo; w oczach miał blask niezwykły. Ręką chwytał już za sznur, pośpiesznie, chciwie. Wyglądał, jakby mu pierwszy raz w życiu pilno było do czegoś: zmieniony był nie do poznania.
Ale mistrz Roda nie patrzał na niego w tej chwili. Otoczony uczniami, wykładać im znowu począł, że Ziemia jest niezamieszkana, i wskazując pocisk, mówił, jak niedorzeczne jest przypuszczenie, aby taki kloc stalowy dolecieć mógł do Ziemi, niewątpliwie bardzo od Księżyca odległej. Mataret przerwał mu wreszcie zniecierpliwiony:
— Czy czekasz, aby strażnik który powrócił?
Roda spojrzał na wóz.
— Nie wiem, jak się wziąć do rzeczy... — szepnął.
— Zobaczymy. Naprzód trzeba zbadać wszystko...
Mówiąc to, zabierał się znowu do wchodzenia po drabinie. Ale sznury, w wilgotnym powietrzu zetlałe, rozlazły mu się w ręku, nim nogę zdążył w pętlę założyć. Zaczęto się tedy naradzać, z czego zbudować drabinę. Materiału żadnego nie było pod ręką, aż jeden z obecnych zwrócił uwagę na chatę, w której Nechem mieszkała. Postanowiono rozebrać dach i lichymi drągami podparte ściany i zbudować z tego rusztowanie, po którym by się można było dostać do szczytu pocisku, gdzie się znajdowała klapa wchodowa280.
Kobieta podniosła lament, nie zważano na nią jednak teraz. Silne młode ręce rwały pośpiesznie nędzną budowlę; wbijano pale i wiązano je strzępami szat w braku sznurów. Roda przypatrywał się pracy bezczynnie, wydając tylko rozkazy.
Wreszcie wszystko było gotowe. Sklecono coś w rodzaju schodów, po których można się było dostać z pewnym trudem do otworu żelaznego cylindra i tkwiącego w nim pocisku.
Mataret szedł pierwszy, za nim Roda. Po długich bezskutecznych usiłowaniach udało im się wreszcie otworzyć klapę, wiodącą do wnętrza. Metalowa drabinka opuszczała się stąd aż do dna pocisku. Roda, spojrzawszy w dół, zawahał się: