— Jeżeli jednak jesteśmy już w przestrzeni, nie można klapy otwierać. Tu musi być gdzieś okno...

Po długich poszukiwaniach odnaleźli metalową płytę w podłodze, zakrywającą gruby szklany blok.

Mataret przykląkł i patrzył długo. Gdy powstał, blady był jak trup, w oczach miał najwyższe zdumienie.

— Zdaje mi się, że lecimy na Ziemię — szepnął.

Roda rzucił się do okna i spojrzał. Tam pod ich nogami Księżyc uciekał z przerażającą szybkością — widać już było ogromną część Wielkiej Pustyni, od której oddalali się coraz więcej, pędząc w przestrzeń.

Roda opadł bez sił na podłogę.

— Na Ziemię, na Ziemię... — szeptał zmartwiałymi wargami.

— Tak — rzekł Mataret z cicha. — Zwycięzca mówił prawdę. Nie myślałem...

Wtedy Roda zerwał się nagle i krzyknął, przyskakując z pięściami do Matareta:

— Ależ Ziemia jest niezamieszkana! rozumiesz? niezamieszkana!! Ja ci zaraz udowodnię...