A on mówił dalej:

— Niegdyś byłaś przy mnie, jak ptak, który siada na ramieniu, złoty i rajski a niepłochliwy. Miałem cię blisko i dość mi było rękę wyciągnąć...

Wzniosła na niego smutne oczy.

— Czemuś ręki nie wyciągnął wtedy, Zwycięzco?

— Nie wiem, nie wiem! Może nie było mi jeszcze tak źle, może jeszcze tak samotny nie byłem... Dzisiaj przed niechętnymi sobie muszę udawać silnego, przed przyjaciółmi zapierać się muszę swego człowieczeństwa, a przecież, chociaż na dalekiej Ziemi zrodzony, choć większy od was wzrostem i myślą, jestem taki sam człowiek, jak wy, i sam jestem, sam, sam! Ihezal, bądź ty ze mną!

— Za późno — rzekła bezdźwięcznie — za późno. Mogłeś mnie wtedy mieć i na wieczność. A teraz ja już jestem tak strasznie daleka od ciebie... Uchodź, uchodź, dopóki czas. Uciekaj na Ziemię!

Wyciągnął ku niej ręce — odsunęła je lekko.

— O! Czemuś mi ty taką krzywdę wyrządził! — ozwała się znowu po chwili z dziwną zajadłością w głosie — dlaczego mnie tak sponiewierałeś? Czemuś nie patrzył na mnie, kiedy byłam przed twymi oczyma, albo czemu od razu mnie precz nie odegnałeś, jenoś zezwolił327...

Urwała nagle i popatrzyła mu w oczy błędnymi źrenicami. Zły śmiech poczynał jej już wargi krzywić.

— Nic mnie z tobą, Zwycięzco.... — mówiła. — A może ja jestem właśnie Dusza księżycowego ludu i trzeba mnie było mieć w ręku?... Przeoczyłeś chwilę właściwą i przychodzisz teraz z dłonią do ptaka, który już odleciał, ho! ho! odleciał... I teraz ty — Zwycięzca...