Zaśmiała się sucho i ohydnie.

— Ihezal!

— Precz! Nie chcę patrzeć na ciebie, nie mogę! Nie mogę! — powtórzyła, osuwając się na kolana.

Z oczu wyzierał jej potworny lęk; drżące ręce wyciągnęła błagalnie ku niemu.

— Miej litość nade mną! Odejdź! odejdź! niech ja cię już nie widzę! niech nie pamiętam...

Marek podniósł się powoli. Smutek bezbrzeżny wypełniał mu duszę i ruchy niemal paraliżował. Przez krótką chwilę stał przed dziewczyną z jakimś litościwym, dobrym zamiarem wyciągnięcia rąk do niej... Ogromne znużenie na niego spadło. Odwrócił się i ciężkim, leniwym ruchem zmierzał ku schodom, z platformy w dół wiodącym. Ihezal słyszała jeszcze jego kroki na stopniach kamiennych, coraz głuchsze...

I po jego odejściu rzuciła się nagle na kamienną posadzkę ze strasznym, niepohamowanym łkaniem. Trzęsła się cała jak liść wiatrem miotany i biła głową jasną o ziemię, targając rękami włosy i odzienie.

Ale powoli spokój na nią zstępował. Leżała jeszcze jakiś czas bez ruchu, martwemu ciału podobna, i tylko rzadki przelotny dreszcz, ściągający gwałtownie jej ramiona, świadczył, że żyje. Powstała wreszcie — jak senna, z trupio bladą twarzą i posiniałymi wargami. — Oczy jej szeroko rozwarte, zapadłe były i podkrążone, na gładkim czole rysowała się kurczowo zmarszczka pionowa. Poczęła ogarniać się automatycznymi ruchami rąk, porządkowała na sobie szaty i gładziła włosy stargane...

Wreszcie zeszła do świątyni. Tutaj zastała Zwycięzcę rozmawiającego z kilku ludźmi, wśród których był także dowódca arcykapłańskiej straży pałacowej. — Marek nie patrzył na nią, zajęty żywą rozmową; stanęła więc na uboczu, słuchając.

Mówiono o strasznych wypadkach, jakie od pewnego czasu wydarzały się w mieście i okolicy. Ludzie ginęli niespodziewanie, zwłaszcza jeśli oddalili się samotnie od mieszkań, ale trafiło się także, że znajdowano w domach wybitą całą rodzinę. Wszyscy mieli na sobie sine znamiona od dotknięcia szernowskich rąk zabójczych. Nie ulegało wątpliwości, że jest to sprawa zbiegłego Awija, który snadź ukrywa się gdzieś i porą sposobną na łów wychodzi: stawiano straże i urządzano obławy, przetrząsając każdy zakątek okolicy w szerokim promieniu, każdą kupę zarośli, każdy załom skał nadmorskich — i zawsze na próżno.