W krwi jego, co na pozór myśli jego wybujałej służyła, jak światłu oliwa w lampie starodawnej, falowania się budziły i dreszcze — z przedwiekowych przypomnień, z tych czasów może, kiedy jacyś jego przodkowie świat złotym mieczem zaprzepaszczali dla jednego błysku uwodzicielskich oczu. I jak morze, wydymające swe wały ku Księżycowi, tak biła krew jego ogromnym przypływem ku tej wielkiej tajemnicy życia, jaką jest miłość — ku tajemnicy zgubionej już niby na wyżynach, a przecież żywej i przypominającej się ciągle w oddechu ust, w serca uderzeniu, w tętnie drgającym w nurtach żył.

— Aza...! — szepnął.

Zbliżyła się ku niemu.

— Co?

Patrzyła nań spod powiek spuszczonych wzrokiem, który zdawał się zasypiać w omdleniu, jak u obezwładnionej spojrzeniem węża gazeli, ale usta jej drgały drapieżnie, świadcząc, że nie ona tutaj jest ofiarą... Wyciągnęła dłonie i dotknęła jego czoła. Lekko, lekko, jakby wiatr cichy, słońcem przepojony, włosy mu spadłe odrzucał ze skroni...

Jak tam — na granicy pustyni...

Uczuł słońce w powietrzu piersiami wciągane, w krwi, co, coraz gorętsza, tętnice rozpierała, oczy mu ćmiąc i myśli w dziwny taniec porywając za sobą... I słodycz niewysłowiona, obezwładniająca, która nagle całą istotę falą zalewa.

Jak tam — na granicach pustyni...

Pochylił się czołem do jej rąk — uniosła mu nieco głowę.

— Kochasz mnie?