Nie dosłyszał nawet tych banalnych aż do okrucieństwa słów. Ruchem jakimś samorzutnym osunął się przed nią na kolana i przypadł twarzą do jej sukni. Cofnęła się, naprawdę przestraszona.
— Co pan robi? Co pan?
Wzniósł na nią oczy smutne i wstał z wolna.
— Przepraszam panią. Źle zrobiłem. Jeżeli pani każe, odejdę natychmiast.
Mówił z gorzką jakąś pokorą — drżącymi wargami, nerwowo, nieporadnie dłonie cisnąc do piersi.
Cień niesmaku przebiegł po pięknych ustach tancerki. Patrzyła nań długo i chłodno.
— To pan przemawia na zgromadzeniach?
— Tak.
— Szukają pana?
— Tak.