— Co panu grozi?

Ruszył ramionami.

— Nie wiem. Przypuszczam, że zamknięcie, może dożywotnie, w jakim domu pracy...

— Pan się naraża na ujęcie, przychodząc tutaj we dnie...

Zawahał się na mgnienie oka.

— Tak. Wiem o tym. Śledzą mnie.

— Czemu pan przyszedł?

Łacheć naraz wzniósł głowę, jak gdyby się żachnął pod uderzeniem tego zimnego pytania. Lękliwość dotychczasowa znikła mu z twarzy; patrzył na Azę dumnie, wyzywająco.

— Mógłbym odpowiedzieć: ponieważ mnie pani wezwała — zaczął z wolna — lecz to nie byłoby prawdą. Przyszedłem, bo mi się tak podobało, bo chciałem panią zobaczyć za wszelką cenę, choćby mi życiem przyszło za to płacić...

Uśmiechnęła się wzgardliwie.