W prosektorium

Sala wielka i chłodna. Okna lśnią wysoko

śmigłe, wąskie, ostrymi sklepione łukami, —

szyby w ołów oprawne1. Jasne słońca oko,

błądząc długo pomiędzy winem i bluszczami,

padło wreszcie do środka. Złote, drżące płaty

rzuca wkoło niepewne; cofnąć by się chciało,

wrócić znowu pomiędzy drzewa, zieleń, kwiaty —

bo tak strasznie tu wewnątrz, że słońce zadrżało.

Wszędzie stoły i trupy. Zimne, nagie ciała,