Ale starzec nie słuchał jej słów. Krzątał się już jak dobry gospodarz po jaskini i wyciągał z jakiegoś schowka proste, skórzane odzienie.

— Rozbierz się — mówił — trzeba się oblec w coś suchego.

Jednocześnie białymi niegdyś, a teraz namulonymi od pracy dłoniami rozwiązywać jął zawęźlone w pośpiechu zawiązki pod jej szyją.

Dziewczyna chwyciła go za ręce:

— Nie, nie...

Spojrzał na nią ze zdumieniem:

— Przebrać się musisz.

A ją rumieniec nagły całą umalował.

— Przebiorę się, dziadku, ale tam, za tym głazem, w ukryciu.

Widziała, że starzec, do niewinnego bezwstydu księżycowych kobiet przyzwyczajony, nie rozumie zgoła jej wzdragania, dodała więc tonem objaśnienia, rumieniąc się jeszcze bardziej: